piątek, 25 maja 2012

Owczym okiem na wszystko po trochu

...na film #16
Grave Encounters
Za Filmwebem:
Lance Preston i jego ekipa łowców duchów "Grave Encounters" - telewizyjnego reality show, postanawiają, nakręcić jeden z odcinków w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym w Collingwood, gdzie na przestrzeni lat, dochodzi do niewyjaśnionych zjawisk. W dobrym imieniu telewizji, postanawiają zamknąć się w tym miejscu na jedną noc, licząc na zbadanie wszelkich zjawisk paranormalnych i możliwość nagrania ich na kamerze. Szybko zauważają, że budynek jest więcej niż nawiedzony, jest żywy i nie zamierza kogokolwiek wypuścić.

Debiut młodego teamu filmowego The Vicious Brothers. Nakręcony w konwencji paradokumentu, na który powróciła moda po sukcesie serii Paranormal Activity i którego szczerze nie znoszę (tak samo zresztą jak serii Paranormal Activity). Głównie dlatego, że tego typu filmy z reguły fundują półtorej godziny zamaszystych ruchów kamery i nieartykułowanych dźwięków w połączeniu z marnym aktorstwem udającym wcale nie-aktorstwo. Bądź jak w przypadku PA półtorej godziny kompletnego niczego w dodatku podszytego nieciekawym pomysłem. Dlatego nie spodziewałam się fajerwerków. Początkowo fabuła jest równie świeża i odkrywcza jak sam tytuł czy nazwa spółki autorskiej, z czasem jednak robi się ciekawie. Film porzuca przetarty schemat oby dotrwać do rana, pytaniem jest nie kiedy czy w ogóle. Ładnie budowane napięcie i atmosfera osaczenia, fabuła, która wcale nie zmierza do najbardziej łopatologicznego finału i dobrze dobrana obsada. Niektórzy twierdzą, że twórcy nagromadzili zbyt wiele sztampowych elementów, mi to kompletnie nie przeszkadzało. Daj Boże, żeby wszyscy potrafili wykorzystywać banalne zagrywki w tak niebanalny i po prostu fajny sposób. Cała ta sztampa, w której tonie produkcja finalnie okazuje się działać na korzyść, wciągając widza w zabawę. Bawiłam się dobrze, jak na porządny horror przystało trochę postraszył, można było sobie kilka razy podskoczyć w fotelu i o to chodzi.

Owcza ocena: 8/10


...na książkę #22
Carlos Ruiz Zafón - The Prince of Mist

Z okładki:
Rodzina Carverów przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.
Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.

Typowa Zafónada. Jeśli ktoś zetknął się z choćby jedną pozycją spod pióra tego pana, to wie dokładnie, czego można się spodziewać. Przygoda, romans, tajemnica, nieco grozy a to wszystko podane w słodko-gorzkim sosie. Jest to debiut pisarski Zafóna, do Polski dotarł dopiero po sukcesie nowszych powieści (Cień wiatruGra anioła). Jak to u Zafóna wyraźnie zaznaczona jest granica między dobrem a złem, bardzo dokładnie zarysowano postać "tego złego" - tytułowego Księcia Mgły - i ci, którzy mieli okazję przeczytać późniejsze powieści mogą z łatwością dopatrzeć się w nim podwaliny pod Andresa Corelli, którego po raz pierwszy spotykamy w Światłach września (1995).  Standardowo - znów - niektóre zachowania bohaterów mogą wydać się nazbyt naiwne, niektóre nazbyt dojrzałe, szczególnie w przypadku Maxa. Z wad? Wtórność. Zarówno w kwestii fabuły jak i bohaterów. Schemat nazbyt dojrzałego, bystrego, zawsze podejmującego słuszne moralnie wybory bohatera udaje mu się przełamać dopiero w przedostatniej Grze anioła. Akcja zawsze budowana jest w oparciu o dokładnie ten sam szkielet. Wydawać by się mogło, że po jakimś czasie zacznie to nużyć, ale w tym wypadku magiczna atmosfera jaką roztacza Zafón przysłania te potknięcia i lektura zawsze sprawia przyjemność. Teoretycznie Księcia zalicza się do literatury młodzieżowej, praktycznie powinien sprawić trochę frajdy w każdym wieku.

Owcza ocena: 7/10 


...na książkę #23
Robert Muster - Dotknięcie Diabła
Jan spędza wakacje poza miastem, u wuja Adama, który to przy pomocy pola magnetycznego potrafi uzdrawiać ludzi. Jan ma nadzieję, że kiedyś wuj przekaże mu swoją wiedzę. Pewnego dnia udaje się wraz z nim do szpitala - Adam został wezwany, by pomóc mężczyźnie w śpiączce. Chory przekazuje mu niepokojące informacje. Tymczasem do miasteczka zbliża się niespotykanie silne, złe pole. Okazuje się, że tajemnicza energia wiąże się z dawno zapomnianymi tajnymi dokumentami, pozostawionymi w miasteczku przez Niemców podczas II wojny światowej.

To natchnione streszczenie popełniłam samodzielnie, bo dość ciężko dorwać jakieś konkretne informacje w Internecie. Sama okładka zachęca, większość opinii internautów też była pozytywna więc wzięłam się za pana Mustera (a właściwie pana Próchniewicza). No i troszkę się przejechałam. Głównie dlatego, że zbyt dosłownie potraktowałam motyw lalki na okładce - a na punkcie nawiedzonych lalek mam lekkiego bzika - i wciąż po cichu liczyłam na jakiegoś małego Chucky'ego. Mniejsza. Tak czy siak lektura wynudziła mnie niemiłosiernie i brnęłam bardziej z samozaparcia niż zainteresowania. Akcja wlokła się niemiłosiernie, kompletnie nie mogłam wczuć się w klimat a elementy grozy tak naprawdę pojawiają się dopiero w końcówce. Bo zmagania z samym polem czy seans ze starą Momontową za cholerę nie wzbudzają grozy, nawet przy najlepszych chęciach czytelnika.
Oczywiście nie jest tak, że książka była kiepska od góry do dołu. Byli wyraźnie zarysowani bohaterowie - choć sam Jan irytował mnie jak cholera - był ładnie oddany klimat małego miasteczka, wszystko składało się w sensowną całość - co w przypadku horroru nie jest wcale takie oczywiste. Poza ostatnią sceną - tą z dłonią - która była naprawdę horrorystycznie świetna, ale nie wiadomo skąd się wzięła. Zamierzony efekt zapewne osiągnęła - zaskoczenie było, dreszczyk po plecach przebiegł. Ale takie to dziwnie doklejone do całości. Polecać, nie polecać? Polecać. Zabawy z polem to kompletnie nie mój film, nie moja bajka, ale na pewno znalazł by się amator. A jeśli wpadnie mi w ręce jeszcze coś od pana Próchniewicza - sięgnę, choćby z ciekawości.

Owcza ocena: 5/10


I to na tyle. Marny powrót do blogowania ale co poradzić.

sobota, 10 marca 2012

Owczym okiem na film #15 Kobieta w czerni (2012)

Scenariusz: Jane Goldman
Reżyseria: James Watkins
Premiera: 2 marca 2012 (Polska), 3 lutego 2012 (świat)
Na podstawie powieści Susan Hill.

Prosto po powrocie z placu boju Owca odmeldowuje się ze sprawozdaniem.
Tak przynajmniej brzmiał wstęp do tekstu, który pisać zaczęłam w zeszłym tygodniu. Ale że mam uczulenie na trzymanie się planów - o wenie do napisania czegokolwiek sensowniejszego niż lista zakupów nawet nie wspominając - to posta piszę tydzień później. Może to i lepiej, bo "świeże" wrażenia zawsze są nieco chaotyczne. 
Przyznam, że Kobieta w czerni to chyba jedyny tytuł, którego wyczekiwałam w ciągu ostatnich miesięcy. Raz, byłam ciekawa jak twórcy postanowią ugryźć tę wersję - zostaną przy oryginale czy będą szaleć z "poprawkami". Dwa, jak główną rolę dźwignie Radcliffe. I chociaż nie mogę powiedzieć, że seans rozłożył mnie na łopatki, to na pewno nie jestem rozczarowana. Zacznijmy od tego, że nie oczekiwałam żadnego arcydzieła. Ale od początku.
Za Filmwebem:
Nie wiecie, po co przyszła, że wróci bądźcie pewni. To widmo ciemności, to Kobieta w czerni – mówi legenda Crythin Gifford. W pobliżu opuszczonej posiadłości, po zachodzie słońca, pojawia się kobieca postać ubrana na czarno. Zawsze, wkrótce potem w okolicy umiera dziecko. Po śmierci właścicielki Domu na Węgorzowych Moczarach do miasteczka przyjeżdża młody notariusz, Artur Kipps (Daniel Radcliffe), ma uporządkować jej sprawy spadkowe. Niewiele może się jednak dowiedzieć. Okoliczni mieszkańcy boją się mówić o tym, co zdarzyło się tu przed laty. W czasie odpływu sam Kipps udaje się do przeklętego miejsca. Nie przypuszcza, że przekraczając próg posiadłości, stanie się częścią przerażającej historii Crythin Gifford.

Co prawda nie pamiętam kiedy ostatnio widziałam pierwszą ekranizację a od przeczytania oryginału minęło dobre kilka lat - szkoda tylko, że przeczytać profesjonalnie tłumaczenie mogłabym dopiero teraz, kiedy równie dobrze mogłabym obejść się wersją anglojęzyczną. Polacy mają niestety wstręt do tłumaczenia wielu dobrych tytułów, chyba że akurat je ekranizują. Cóż. Wracając do wątku, pozwolę sobie odwoływać się do obu wersji, jeśli się pomylę - krzyczcie. 
To co ujęło mnie w obrazie Wise'a to prostota. Możliwe, że uboga scenografia i stylizacja bohaterów wynikały bardziej z niskiego budżetu niż rzeczywistej wizji reżysera - była to typowa produkcja telewizyjna i, rzecz jasna, do Polski nie dane jej było dotrzeć. Nie zmienia to faktu, że sprawdziło się to świetnie. Tutaj mamy większy budżet, więcej możliwości, a co za tym idzie - bardziej odpicowane otoczenie i make-up rodem z haloweenowej imprezy. I jak dla mnie jest to zabieg kompletnie niepotrzebny i na dłuższą metę bezsensowny, zwłaszcza jeśli do całego obrazka z czasem domalowujemy kolejne elementy. Bo z jakiej racji jedne zjawy wyglądają - czy też raczej starają się wyglądać - upiornie i makabrycznie a inne nie zmieniają się wcale bądź dostają prawie że anielską aurę gratis? Początkowo myślałam, że może to wynikać z faktu, że, co tu dużo mówić, trup trupowi nierówny, kwestia fermentacji. Bo ja wiem, głupie, ale czemu by nie. Z drugiej strony mamy w filmie dość świeże trupy, które prezencję mają podobną do naszej głównej zjawy. Gdzie tu konsekwencja? A może w życie wprowadzane jest tu przysłowie "złość piękności szkodzi". Kolejna sprawa - te nieszczęsne dekoracje. W wersji z 1989 ograniczono się do wprowadzenia bohatera  do starego, opuszczonego domu na moczarach. Stary i opuszczony nie oznacza zrujnowany, a w takim właśnie stanie zastaje go Kipps. Chaszcze i chwasty na zewnątrz, kurz, pajęczyny i ptasie gniazda wewnątrz. W tym miejscu przypomnę, że właścicielka domu umiera na krótko przed przyjazdem prawnika. Dom stał opuszczony przez tydzień, dwa? Rozumiem, że staruszka może niedomagać a ze względu na złą sławę posiadłości ochotników do sprzątania brak. Ale szlam lecący z kranów to chyba lekka przesada? Dobrze widać tu skłonność dzisiejszych twórców do przekoloryzowania. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że ktoś wypisał sobie wszystkie elementy standardowej gotyckiej powieści grozy i wykreślał je punkt po punkcie. Dzika natura - tu okropnie zapuszczone przyległości domu - są. Kruk - jest. Jak domiszcze to tylko w ruinie. Tajemnicza dama wśród mgieł przechadzająca się po cmentarzu - obecna. Oczywiście dama na cmentarzu była w oryginale - ale nie ta dama i nie w tym kontekście. Ale do tych scen jeszcze wrócimy.
Jak łatwo się domyślić już po samych zwiastunach, całość utrzymana jest głównie w szarej tonacji, poruszamy się przede wszystkim po mrocznym, zacienionym domostwie a kiedy już wyjdziemy na zewnątrz zastaje nas standardowa angielska szarówka. Można się przyczepić do banalności ale to, w połączeniu z zapuszczoną posiadłością i klimatyczną muzyką tworzy naprawdę świetny, posępny nastrój. Nie ma tak naprawdę na co narzekać, jeśli puścimy w niepamięć przedobrzone dekoracje nie pozostaje nic innego jak oglądać i cieszyć się seansem.
Za to jedna rzecz rzuca się w oczy - najwyraźniej myśl przewodnia filmu brzmiała: usytuuj bohatera na boku, pokaż zacienioną przestrzeń za nim i przy odpowiednim akompaniamencie wstaw ducha. Chwyt ograny, ale zawsze cieszy. Nie ma nic lepszego niż postacie widziane kątem oka w lustrach czy cieniach, a jeśli towarzyszy temu odpowiedni klimat - Owca jest szczęśliwym widzem. Mamy jedno i drugie, dodatkowo twórcy nie zapominają o smaczkach takich, jak świeże ślady błota na dopiero co odkrytej ścianie. W ogóle cała scena, o której teraz mowa jest bardzo udana. Napięcie budowane jest świetnie, mamy sporo momentów, podczas których możemy się wzdrygnąć w siedzeniu - choć z tylnych rzędów dało się słyszeń piski. No i znów potwierdza nam się żelazna zasada kina. Analogicznie do strzelby nad kominkiem, jeśli na końcu korytarza mamy mrok i kurtynę - wiadomo, że na końcu zza kurtyny coś wyjdzie.
Znacznie uwypuklono motyw zabawek. O ile w wersji oryginalnej mamy tylko uparcie powracającego ołowianego żołnierzyka, o tyle tutaj autorzy roztaczają przed nami całe toy story. Ścieżka dźwiękowa w połączeniu z odgłosami pozytywek i nakręcanych zabawek daje zdecydowanie fajny efekt. 
W ogóle położono większy nacisk na wątek ginących dzieci. Nie no, pewnie, uwielbiamy ginące dzieci i ich pozagrobowe wersje, w ostatnich latach dość mocno naciągamy ten motyw. Odkąd Amerykanie zaczęli odgrzewać azjatyckie kotlety i wprowadzili do szerszej kultury postacie jak Toshio czy Sadako uwielbiamy wrzucać martwe dzieci gdzie popadnie. Może w tym wypadku nie jest to tak całkiem od czapy ale też wydaje się kolejnym tanim chwytem, straszakiem na widza o słabszych nerwach. Zresztą wprowadza to tylko niepotrzebny zamęt i niekonsekwencję do fabuły.
Rozwinięto za to historię państwa Daily (Ciarán Hinds i Janet McTeer). Nie zajmuje to wiele miejsca, ale w ciągu tych kilku minut bardzo wyraźnie zarysowano postać pani Daily, kobiety zrozpaczonej po śmierci jedynego syna, przelewającej całą matczyną troskę na zwierzęta. Warto zwrócić uwagę na króciutką i poruszającą scenę, kiedy układa do snu psy. Wtedy też dostajemy pierwszą wskazówkę, co do roli zjawy. No i przyznajmy to, kwestia Nicholas też lubił szkicować. Nadal lubi. jest świetna. Jest to jednak jedyny fragment, który spodobał mi się w nowym ujęciu. Cała reszta była zdecydowanie zbyt dosłowna i pryskał cały urok. Jak choćby Kipps błąkający się we mgle na początku filmu. Zdecydowanie bardziej podobała mi się wersja Wise'a, gdzie bohater słyszał jedynie krzyki i płacz. Tu dość szybko tajemnicę szlag trafia, twórcy decydują się na ukazanie wypadku.
No i w końcu główny bohater. Trochę się obawiałam, jak Radcliff dźwignie główną rolę. Bądź co bądź nie była to wcale łatwa do odtworzenia kreacja, a brakowało elementów, które mogłyby odwrócić uwagę widza od gry aktorskiej. Poza tym jego poprzednik z '89, Adrian Rawlins, ustawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Co prawda początkowo można zastanawiać się, czy sztywna, bezosobowa maniera była kwestią kreacji postaci, czy zwykłym drewnem aktorskim. Ostatecznie skłaniam się ku temu drugiemu, facet dał radę, ma warsztat i naprawdę przyjemnie ogląda się go w nowej roli. Szczerze mówiąc nieco się obawiałam, bo ostatnim razem w produkcji nie-potterowej widziałam go w dramcie December Boys... i drewno byłoby tu najbardziej akuratnym podsumowaniem. Widać, że rozwija się jako aktor i chwała mu za to.
No i w końcu docieramy do czołowego zderzenia z naszą tytułową marą. I szczerze? Można było sobie darować ukazywanie Kobiety w czerni "w pełnej krasie". Zdecydowanie lepszym wyjściem byłoby zachowanie tajemniczej postaci o zakrytej twarzy do samego końca. Bo finalnie okazała się to najgorzej ucharakteryzowana bohaterką całej produkcji, a efekt był podobny do sceny w pierwszej ekranizacji - bardziej zbierało się na prychnięcie niż cokolwiek innego. Wersja '89 broni się niskim budżetem. Co ma na swoje usprawiedliwienie remake? Wracamy do początku, oto jak pieniążki na make-up psują dobrą scenę. Polecam za to wcześniejszą Kobietę..., kreacja Pauline Moran jest fantastyczna i przede wszystkim - naturalna. A za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie ciśnienie może nieco skoczyć.
Co do zakończenia, w obu przypadkach odbiega od oryginału, choć u Wise'a mamy raczej różnice w sposobie niż skutku. Tutaj... gdybyśmy mieli odnieść się do powieści pani Hill, do połowy jest dość wiernie, potem to już czysta improwizacja scenarzystów. Oczywiście już w pierwszych scenach można dostrzec znaczne różnice - choćby samo wdowieństwo Kippsa. Tutaj natomiast widać dość wyraźnie, czy ja wiem, asekuranctwo? Kręcenie pod widza, co to chętnie się wzruszy czy przestraszy ale koniec ma być dobry? Nie ma tutaj klasycznego happy endu, bohaterowie nie odjeżdżają w blasku zachodzącego słońca by żyć długo i szczęśliwie. Ostatnia scena jest poruszająca, to na pewno. Ni to szczęśliwe, ni tragiczne. Takie słodko-gorzkie. Kompletnie zamyka historię nie pozostawiając niczego pod domysł widza. I nie do końca mi to pasuje.
Podsumowując: seans bardzo udany. Na tle oryginału wypada naprawdę przyzwoicie, na tle dzisiejszych "horrorów" - genialnie. Polecam.

Owcza ocena: 8/10

PS Mała anegdotka na koniec. Do kina wybrałam się w zacnym - a jak! - towarzystwie, seans zaczynał się jakoś koło 22. Sala do połowy pusta, za nami siedziała para. Facecik-chojrak, zapewniał non stop, że nic go nie przerazi, przy pierwszym, niezbyt spektakularnym wejściu ducha słyszymy prychnięcie i "tani chwyt". Pół godziny później klimat się zagęszcza, zło czai się w ciemności i takie tam. Z tylnych rzędów dobiega zduszone "ja pierdole" naszego chojraka. Mała rzecz a cieszy.
PPS A teraz poważnie, kto z was po zobaczeniu tego nie pomyślał o tym? ;)

sobota, 11 lutego 2012

Owca vs nonsens #6 Jątek, łap za widły, to pop jest!

Dzisiaj Owcę naszło na pogdybanie sobie o muzyce. Aaa, jaki fajny temat, jaki lekki i przyjemny, no ba, każdy lubi muzykę, co za uniwersalny powód do radości! Ano właśnie nie...