Grave Encounters
Za Filmwebem:
Lance Preston i jego ekipa łowców duchów "Grave Encounters" - telewizyjnego reality show, postanawiają, nakręcić jeden z odcinków w opuszczonym szpitalu psychiatrycznym w Collingwood, gdzie na przestrzeni lat, dochodzi do niewyjaśnionych zjawisk. W dobrym imieniu telewizji, postanawiają zamknąć się w tym miejscu na jedną noc, licząc na zbadanie wszelkich zjawisk paranormalnych i możliwość nagrania ich na kamerze. Szybko zauważają, że budynek jest więcej niż nawiedzony, jest żywy i nie zamierza kogokolwiek wypuścić.
Debiut młodego teamu filmowego The Vicious Brothers. Nakręcony w konwencji paradokumentu, na który powróciła moda po sukcesie serii Paranormal Activity i którego szczerze nie znoszę (tak samo zresztą jak serii Paranormal Activity). Głównie dlatego, że tego typu filmy z reguły fundują półtorej godziny zamaszystych ruchów kamery i nieartykułowanych dźwięków w połączeniu z marnym aktorstwem udającym wcale nie-aktorstwo. Bądź jak w przypadku PA półtorej godziny kompletnego niczego w dodatku podszytego nieciekawym pomysłem. Dlatego nie spodziewałam się fajerwerków. Początkowo fabuła jest równie świeża i odkrywcza jak sam tytuł czy nazwa spółki autorskiej, z czasem jednak robi się ciekawie. Film porzuca przetarty schemat oby dotrwać do rana, pytaniem jest nie kiedy a czy w ogóle. Ładnie budowane napięcie i atmosfera osaczenia, fabuła, która wcale nie zmierza do najbardziej łopatologicznego finału i dobrze dobrana obsada. Niektórzy twierdzą, że twórcy nagromadzili zbyt wiele sztampowych elementów, mi to kompletnie nie przeszkadzało. Daj Boże, żeby wszyscy potrafili wykorzystywać banalne zagrywki w tak niebanalny i po prostu fajny sposób. Cała ta sztampa, w której tonie produkcja finalnie okazuje się działać na korzyść, wciągając widza w zabawę. Bawiłam się dobrze, jak na porządny horror przystało trochę postraszył, można było sobie kilka razy podskoczyć w fotelu i o to chodzi.
Owcza ocena: 8/10
...na książkę #22
Carlos Ruiz Zafón - The Prince of Mist

Z okładki:
Rodzina Carverów przeprowadza się w roku 1943 do małej osady rybackiej, na wybrzeżu Atlantyku, by zamieszkać w domu, który niegdyś należał do rodziny Fleishmanów. Ich dziewięcioletni syn Jacob utonął w morzu. Od pierwszych dni dzieją się tutaj dziwne rzeczy (Max widzi nocą w ogrodzie clowna i dziwne posągi artystów cyrkowych), ale ważniejsze, że dzieci poznają kilkunastoletniego Rolanda, dzięki któremu mogą to i owo dowiedzieć się o miasteczku (np. historię zatopionego w wodach przybrzeżnych, pod koniec pierwszej wojny, okrętu "Orfeusz") i poznać dziadka Rolanda, latarnika Victora Kraya, który opowie im o złym czarowniku znanym jako Cain lub Książę Mgły, chętnie wyświadczającym usługi, ale nigdy za darmo. Coś, co dzieciom wydaje się jeszcze jedną miejscową legendą, szybko okazuje się zatrważającą prawdą.
Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.
Musiało upłynąć wiele lat, by Max zdołał wreszcie zapomnieć owe letnie dni, podczas których odkrył, niemal przypadkiem, istnienie magii.
Typowa Zafónada. Jeśli ktoś zetknął się z choćby jedną pozycją spod pióra tego pana, to wie dokładnie, czego można się spodziewać. Przygoda, romans, tajemnica, nieco grozy a to wszystko podane w słodko-gorzkim sosie. Jest to debiut pisarski Zafóna, do Polski dotarł dopiero po sukcesie nowszych powieści (Cień wiatru, Gra anioła). Jak to u Zafóna wyraźnie zaznaczona jest granica między dobrem a złem, bardzo dokładnie zarysowano postać "tego złego" - tytułowego Księcia Mgły - i ci, którzy mieli okazję przeczytać późniejsze powieści mogą z łatwością dopatrzeć się w nim podwaliny pod Andresa Corelli, którego po raz pierwszy spotykamy w Światłach września (1995). Standardowo - znów - niektóre zachowania bohaterów mogą wydać się nazbyt naiwne, niektóre nazbyt dojrzałe, szczególnie w przypadku Maxa. Z wad? Wtórność. Zarówno w kwestii fabuły jak i bohaterów. Schemat nazbyt dojrzałego, bystrego, zawsze podejmującego słuszne moralnie wybory bohatera udaje mu się przełamać dopiero w przedostatniej Grze anioła. Akcja zawsze budowana jest w oparciu o dokładnie ten sam szkielet. Wydawać by się mogło, że po jakimś czasie zacznie to nużyć, ale w tym wypadku magiczna atmosfera jaką roztacza Zafón przysłania te potknięcia i lektura zawsze sprawia przyjemność. Teoretycznie Księcia zalicza się do literatury młodzieżowej, praktycznie powinien sprawić trochę frajdy w każdym wieku.
Owcza ocena: 7/10
...na książkę #23
Robert Muster - Dotknięcie Diabła
Jan spędza wakacje poza miastem, u wuja Adama, który to przy pomocy pola magnetycznego potrafi uzdrawiać ludzi. Jan ma nadzieję, że kiedyś wuj przekaże mu swoją wiedzę. Pewnego dnia udaje się wraz z nim do szpitala - Adam został wezwany, by pomóc mężczyźnie w śpiączce. Chory przekazuje mu niepokojące informacje. Tymczasem do miasteczka zbliża się niespotykanie silne, złe pole. Okazuje się, że tajemnicza energia wiąże się z dawno zapomnianymi tajnymi dokumentami, pozostawionymi w miasteczku przez Niemców podczas II wojny światowej.
To natchnione streszczenie popełniłam samodzielnie, bo dość ciężko dorwać jakieś konkretne informacje w Internecie. Sama okładka zachęca, większość opinii internautów też była pozytywna więc wzięłam się za pana Mustera (a właściwie pana Próchniewicza). No i troszkę się przejechałam. Głównie dlatego, że zbyt dosłownie potraktowałam motyw lalki na okładce - a na punkcie nawiedzonych lalek mam lekkiego bzika - i wciąż po cichu liczyłam na jakiegoś małego Chucky'ego. Mniejsza. Tak czy siak lektura wynudziła mnie niemiłosiernie i brnęłam bardziej z samozaparcia niż zainteresowania. Akcja wlokła się niemiłosiernie, kompletnie nie mogłam wczuć się w klimat a elementy grozy tak naprawdę pojawiają się dopiero w końcówce. Bo zmagania z samym polem czy seans ze starą Momontową za cholerę nie wzbudzają grozy, nawet przy najlepszych chęciach czytelnika.
Oczywiście nie jest tak, że książka była kiepska od góry do dołu. Byli wyraźnie zarysowani bohaterowie - choć sam Jan irytował mnie jak cholera - był ładnie oddany klimat małego miasteczka, wszystko składało się w sensowną całość - co w przypadku horroru nie jest wcale takie oczywiste. Poza ostatnią sceną - tą z dłonią - która była naprawdę horrorystycznie świetna, ale nie wiadomo skąd się wzięła. Zamierzony efekt zapewne osiągnęła - zaskoczenie było, dreszczyk po plecach przebiegł. Ale takie to dziwnie doklejone do całości. Polecać, nie polecać? Polecać. Zabawy z polem to kompletnie nie mój film, nie moja bajka, ale na pewno znalazł by się amator. A jeśli wpadnie mi w ręce jeszcze coś od pana Próchniewicza - sięgnę, choćby z ciekawości.
Owcza ocena: 5/10
I to na tyle. Marny powrót do blogowania ale co poradzić.




